23 września br. zmarła Brygida
Mechlin.
Ci, którzy z Nią współpracowali
mówią, że była świetnym fachowcem i wielkim społecznikiem.
Już w latach 70-tych w Chojnicach
przecierała szlaki pomocy społecznej. W 1990 roku, kiedy utworzono
Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, została jego kierownikiem, a
następnie dyrektorem. Tę funkcję pełniła aż do 2006 roku. Przez
lata swej zawodowej działalności podjęła wiele inicjatyw na rzecz
osób potrzebujących pomocy. Jej zaangażowanie i konsekwencja
w dążeniu do celu zaowocowały utworzeniem w Chojnicach Domu
Dziennego Pobytu (1982), Noclegowni dla Bezdomnych Mężczyzn (1994)
i Środowiskowego Domu Samopomocy (2004).
Panią Mechlin poznałam osobiście
wiele lat temu podczas praktyk studenckich, które odbywałam w
chojnickim MOPSie. Była więc moim pierwszym szefem. Zapamiętałam
Ją jako osobę o wielkiej charyzmie, energiczną, wymagającą, ale
też bardzo bezpośrednią i wesołą. Była szalenie elegancką
kobietą.
Przez ostatnie dwa i pół roku
zmagała się z ciężką chorobą. Cały czas otoczona
miłością i opieką swoich bliskich. Odeszła w pierwszy dzień
jesieni. Dziś na starym cmentarzu w Chojnicach pożegnało Ją wielu
ludzi, słońce i wiatr.
R.I.P.
Brygida Mechlin (1943-2017)
(ms.)
środa, 27 września 2017
czwartek, 21 września 2017
Dofinansowanie z Akumulatora Społecznego :)
Z ogromną radością zawiadamiamy, że w Akumulatorze Społecznym dostaliśmy 2700 zł dofinansowania na rozwój naszej organizacji.
Pieniądze przeznaczymy na sprzęt komputerowy i urządzenie wielofunkcyjne.
We wtorek przed ośmioosobową komisją w Kartuzach opowiadałam o tym, co już zrobiliśmy i co planujemy w najbliższym czasie. Bardzo mnie ucieszyła formuła spotkania "twarzą w twarz" zamiast pisania skomplikowanego wniosku (wniosek był, ale mało skomplikowany ;)).
To jest okazja do kolejnych podziękowań dla wszystkich tych, którzy już nas wspierają i z nami współpracują. Serdeczne dzięki!
[Na zdjęciu: kwiat z ogrodu państwa Chełmowskich.]
(ed.)
Pieniądze przeznaczymy na sprzęt komputerowy i urządzenie wielofunkcyjne.
We wtorek przed ośmioosobową komisją w Kartuzach opowiadałam o tym, co już zrobiliśmy i co planujemy w najbliższym czasie. Bardzo mnie ucieszyła formuła spotkania "twarzą w twarz" zamiast pisania skomplikowanego wniosku (wniosek był, ale mało skomplikowany ;)).
To jest okazja do kolejnych podziękowań dla wszystkich tych, którzy już nas wspierają i z nami współpracują. Serdeczne dzięki!
[Na zdjęciu: kwiat z ogrodu państwa Chełmowskich.]
(ed.)
sobota, 9 września 2017
10 września - ŚWIATOWY DZIEŃ ZAPOBIEGANIA SAMOBÓJSTWOM
10 września przypada Światowy
Dzień Zapobiegania Samobójstwom. Tegoroczna edycja upływa
pod hasłem: „Poświęć minutę, ocal życie!”.
Rozmowa z drugim człowiekiem może
odmienić jego los. Być może sami tego doświadczyliśmy –
zmieniliśmy tor czyjegoś życia albo ktoś zmienił nasze. Być
uważnym. Dostrzec problemy bliskich. Zagadać do kogoś obcego. Nie
bać się wysłuchać. Pobyć razem. Poświęcić czas. Wszystko to bezcenne. I może uratować życie.
Kto chce wesprzeć osoby, których
bliscy popełnili samobójstwo o godz. 20.00 może
zapalić w oknie lampki/świeczki – taki symbol.
A przez cały czas warto wspierać
działania profilaktyczne w ramach ogólnopolskiej kampanii
„Zobacz... ZNIKAM”.
A co na naszym podwórku? Jesienią z Tomkiem robimy nasze pierwsze szkolenia dla nauczycieli w zakresie problematyki samobójstw dzieci i młodzieży. Trudny temat, ale chcemy o nim rozmawiać, przekazywać informacje i wspierać. To dla nas ważne doświadczenie. Po zakończeniu zdamy relację na blogu.
Pozdrawiam wszystkich, którzy
w niedzielę wieczorem zaświecą.
(ms.)sobota, 19 sierpnia 2017
Marek Kotański, 15. rocznica
Przejrzałem portale, nigdzie wzmianki. Również na zmienionej ostatnio witrynie Monaru nie ma już sylwetki Marka Kotańskiego, która jeszcze niedawno zajmowała ważne miejsce na stronie głównej. Informacja o rocznicowej mszy pozostała, ale trzeba dobrze poszukać.
Wyszukiwarki głównych mediów po wpisaniu "Kotański" wyrzucają głównie odnośniki do artykułów o ambasadorze i dyrektorze teatru. Po dodaniu "Marek" pojawiają się linki do newsów o dekomunizacji ulic oraz informacji o premierze filmu "Najlepszy" poświęconego triathlonowemu rekordziście. Jego droga na szczyty zaczęła się od heroinowego dna, z którego Kotański (grany przez Gajosa!) pomógł mu wstać. Ratując życie.
Tak więc 15 lat po śmierci Kotański funkcjonuje w popkulturze, w której istniał zresztą zawsze, lecz teraz już tylko jako akuszer sukcesu sportowca oraz jako patron ulic. Które zresztą chcą mu odebrać.
Nawet organizacja, którą stworzył (zresztą nie sam), nie chce go już jako swojej ikony. Ale to chyba dobrze? Bo może znaczy, że tak wrósł w fundamenty i ściany - dosłowne i przenośne - że już go nie widać.
A mówimy o gmachu monumentalnym. Zanim przed niemal 40 laty powstała pierwsza placówka założona przez Kotańskiego, narkomani w Polsce umierali na ulicach, bo NIKT nie potrafił im pomóc. Zresztą oficjalnie nie istnieli. Zanim na początku lat 90. Kotański zaczął pomagać nosicielom wirusa HIV, nawet lekarze bali się ich dotykać. Nie mówiąc o ludziach podpalających zakładane dla nich domy. Potem była pomoc dla bezdomnych, dla samotnych matek, dla uchodźców, dla...
Więc to chyba dobrze, że system stworzony przez Kotańskiego, zauważone problemy, zaproponowane rozwiązania - są dla nas już tak oczywiste, że nie czujemy potrzeby wspominać ich twórcy. Przecież zapalając żarówkę nie przywołujemy za każdym razem Edisona (albo Tesli, to już jak kto woli; zresztą kto dziś jeszcze używa żarówek)?
A jednak czegoś brak. Może tych słów mówionych z odpowiedzialnością i na poważnie? Dziś zmienionych w slogany niemal ("Daj siebie innym"), brzmiących anachronicznie ("Łańcuch czystych serc") albo wręcz wprawiających w zakłopotanie - "Czy mnie kochasz?" Takie jakieś niepasujące do tych czasów, tak jak nie pasuje żarówka. Tak jak nie pasuje sposób bycia i działania Kotańskiego, pełnego spontaniczności, otwartości, zaufania, odwagi, brawury niemal. Gdzieżby się on odnalazł pośród programów, dotacji, grantów, wskaźników, enefzetów, efeesów... Ten system by go zniszczył? A może nie, może on by go rozsadził, jak to zrobił z niejednym wcześniej? Może ten system byłby wtedy mniej biurokratyczny, bardziej elastyczny? Bardziej ludzki, gdzie człowiek byłby bardziej człowiekiem, a mniej beneficjentem, uczestnikiem, członkiem docelowej grupy patologicznej?
A jednak czegoś brak. A na pewno Kogoś.
Marek Kotański 1942 - 2002
--
Źródło zdjęcia: Stowarzyszenie Monar, autor: Krzysztof Wojda/REPORTER
Wyszukiwarki głównych mediów po wpisaniu "Kotański" wyrzucają głównie odnośniki do artykułów o ambasadorze i dyrektorze teatru. Po dodaniu "Marek" pojawiają się linki do newsów o dekomunizacji ulic oraz informacji o premierze filmu "Najlepszy" poświęconego triathlonowemu rekordziście. Jego droga na szczyty zaczęła się od heroinowego dna, z którego Kotański (grany przez Gajosa!) pomógł mu wstać. Ratując życie.
Tak więc 15 lat po śmierci Kotański funkcjonuje w popkulturze, w której istniał zresztą zawsze, lecz teraz już tylko jako akuszer sukcesu sportowca oraz jako patron ulic. Które zresztą chcą mu odebrać.
Nawet organizacja, którą stworzył (zresztą nie sam), nie chce go już jako swojej ikony. Ale to chyba dobrze? Bo może znaczy, że tak wrósł w fundamenty i ściany - dosłowne i przenośne - że już go nie widać.
A mówimy o gmachu monumentalnym. Zanim przed niemal 40 laty powstała pierwsza placówka założona przez Kotańskiego, narkomani w Polsce umierali na ulicach, bo NIKT nie potrafił im pomóc. Zresztą oficjalnie nie istnieli. Zanim na początku lat 90. Kotański zaczął pomagać nosicielom wirusa HIV, nawet lekarze bali się ich dotykać. Nie mówiąc o ludziach podpalających zakładane dla nich domy. Potem była pomoc dla bezdomnych, dla samotnych matek, dla uchodźców, dla...
Więc to chyba dobrze, że system stworzony przez Kotańskiego, zauważone problemy, zaproponowane rozwiązania - są dla nas już tak oczywiste, że nie czujemy potrzeby wspominać ich twórcy. Przecież zapalając żarówkę nie przywołujemy za każdym razem Edisona (albo Tesli, to już jak kto woli; zresztą kto dziś jeszcze używa żarówek)?
A jednak czegoś brak. Może tych słów mówionych z odpowiedzialnością i na poważnie? Dziś zmienionych w slogany niemal ("Daj siebie innym"), brzmiących anachronicznie ("Łańcuch czystych serc") albo wręcz wprawiających w zakłopotanie - "Czy mnie kochasz?" Takie jakieś niepasujące do tych czasów, tak jak nie pasuje żarówka. Tak jak nie pasuje sposób bycia i działania Kotańskiego, pełnego spontaniczności, otwartości, zaufania, odwagi, brawury niemal. Gdzieżby się on odnalazł pośród programów, dotacji, grantów, wskaźników, enefzetów, efeesów... Ten system by go zniszczył? A może nie, może on by go rozsadził, jak to zrobił z niejednym wcześniej? Może ten system byłby wtedy mniej biurokratyczny, bardziej elastyczny? Bardziej ludzki, gdzie człowiek byłby bardziej człowiekiem, a mniej beneficjentem, uczestnikiem, członkiem docelowej grupy patologicznej?
A jednak czegoś brak. A na pewno Kogoś.
Marek Kotański 1942 - 2002
--
Źródło zdjęcia: Stowarzyszenie Monar, autor: Krzysztof Wojda/REPORTER
środa, 9 sierpnia 2017
Związki przyjaźni
Kiedyś, kiedy byliśmy jeszcze za młodzi, Tomek założył inną fundację. Nazywała się Fundacja Pomorska "Związki Przyjaźni". Jej żywot był krótki, bo my byliśmy właśnie za młodzi. Tomek mówi, że spełniła ona jednak swoją funkcję: przeniosła nas na Pomorze. I tak jesteśmy tu już 11 lat (w Chojnicach - 9), często zadając sobie pytanie, czy to właśnie tak miało być :)
Chcę teraz napisać o tamtej nazwie, bo ona powraca właśnie dzięki związkom przyjaźni. W poprzednim poście dziękowałam przyjaciołom za wsparcie. To doświadczenie Waszego, kochani, wsparcia jest chyba moim najważniejszym doświadczeniem czasu, który się zaczął z powoływaniem do życia Fundacji Zarzewie, a nawet wcześniej: bo już od wielu lat działam we współpracy z różnymi organizacjami pozarządowymi. I jak pisałam, chodzi o bardzo różne formy tego wsparcia. Ważną formą jest po prostu otwartość, w tym gotowość pomocy (niekoniecznie materialnej) w realizacji przedsięwzięcia, jeśli się widzi jego sens - przeciwieństwem tej postawy jest zamknięcie się na coś z różnych powodów, których się tylko mogę domyślać, więc nie będę o nich pisać (za formę takiego zamknięcia nie uważam otwartego i uczciwego powiedzenia: "dobrze byłoby to zrobić, ale ja na razie nie mogę pomóc"). Przyjaźń, którą trzeba odróżnić od znajomości i kumoterstwa, zostaje w szczególny sposób utwierdzona przez konkretne działania w trudnych warunkach - proszę, wybaczcie mi, powtarzanie rzeczy przysłowiowych, po prostu moje doświadczenie potwierdza te przysłowia :)
Teraz jeszcze słowo o autorze koncepcji (projektu, jak by dziś się powiedziało) "związków przyjaźni". Bo nie Tomek jest jego autorem ;). Chodzi o Edwarda Abramowskiego, polskiego myśliciela społecznego, końca XIX i początku XX w. Zmarł 1918 roku, niepodległości nie doczekał.
Nie żebym chciała tutaj zachwalać jego ujęcie w całości, daleko nie wszystko mnie u niego przekonuje (np. zupełnie mnie nie przekonuje jego ocena znaczenia pracy dla życia ludzkiego). Przekonuje mnie jednak jego myśl o spółdzielczości (w dużej mierze zresztą realizowana potem w praktyce), której miały towarzyszyć właśnie "związki przyjaźni".
Pisał on tak:
"Ci, którym nie daje spokoju nędza ludzka i upadek ojczyzny, stoją często wobec pytania, gdzie i czym jest ta potęga wybawicielska, za pomocą której można by życie uczynić lepszym i szlachetniejszym. Szukamy jej na wszystkich polach pracy, a zarazem instynktownie czujemy, że jest jakaś jedna, najważniejsza rzecz podstawowa. [...] Taka potęga jest do wzięcia i jest pośród nas, a nazywa się przyjaźnią.
Naród, w którym uczucia przyjaźni są rozwinięte, gdzie zamiast sobkostwa i egoizmu panuje przyrodzona potrzeba wzajemnej pomocy [...] rozwiązał zagadkę wolności i dobrobytu. [...]
Jakie spustoszenie w życiu i w ludziach sprawia zanik przyjaźni, to możemy zobaczyć wszędzie naokoło siebie [...].
I może zbyt często zapominamy [...], że z tych małych krzywd, które sobie nawzajem wyrządzamy, dla interesu, ze spokojnym sumieniem, powstaje właśnie owa wielka krzywda całości - bezsilność narodu.
Niech jednak tylko ożywią się gdzie i poczną działać uczucia przyjaźni, a ta ciemna zmora nędzy ludzkiej ustępuje i słabnie. Wtedy zjawiają się związki obrony przed wyzyskiem, zjawiają się kooperatywy spożywcze, spółki włościańskie, kasy wzajemnej pomocy, towarzystwa opieki nad dziećmi, towarzystwa oświatowe, szkolne, dobroczynne itd." [E. Abramowski, "Związki przyjaźni", w: tegoż Filozofia społeczna. Wybór pism, Warszawa 1965, ss. 422-423.]
I znów prawdą jest, że Abramowski nie odkrywa Ameryki. Rzecz jednak nie w teorii, która jest banalnie zgoła prosta, lecz w praktyce. Jak w praktyce działać na rzecz rozwijania związków przyjaźni, które naprawdę - mamy to doświadczenie! - wzmacniają człowieka i budują wspólnotę? To jest jedno z najtrudniejszych pytań, które sobie stawiamy.
(ed)
Chcę teraz napisać o tamtej nazwie, bo ona powraca właśnie dzięki związkom przyjaźni. W poprzednim poście dziękowałam przyjaciołom za wsparcie. To doświadczenie Waszego, kochani, wsparcia jest chyba moim najważniejszym doświadczeniem czasu, który się zaczął z powoływaniem do życia Fundacji Zarzewie, a nawet wcześniej: bo już od wielu lat działam we współpracy z różnymi organizacjami pozarządowymi. I jak pisałam, chodzi o bardzo różne formy tego wsparcia. Ważną formą jest po prostu otwartość, w tym gotowość pomocy (niekoniecznie materialnej) w realizacji przedsięwzięcia, jeśli się widzi jego sens - przeciwieństwem tej postawy jest zamknięcie się na coś z różnych powodów, których się tylko mogę domyślać, więc nie będę o nich pisać (za formę takiego zamknięcia nie uważam otwartego i uczciwego powiedzenia: "dobrze byłoby to zrobić, ale ja na razie nie mogę pomóc"). Przyjaźń, którą trzeba odróżnić od znajomości i kumoterstwa, zostaje w szczególny sposób utwierdzona przez konkretne działania w trudnych warunkach - proszę, wybaczcie mi, powtarzanie rzeczy przysłowiowych, po prostu moje doświadczenie potwierdza te przysłowia :)
Teraz jeszcze słowo o autorze koncepcji (projektu, jak by dziś się powiedziało) "związków przyjaźni". Bo nie Tomek jest jego autorem ;). Chodzi o Edwarda Abramowskiego, polskiego myśliciela społecznego, końca XIX i początku XX w. Zmarł 1918 roku, niepodległości nie doczekał.
Nie żebym chciała tutaj zachwalać jego ujęcie w całości, daleko nie wszystko mnie u niego przekonuje (np. zupełnie mnie nie przekonuje jego ocena znaczenia pracy dla życia ludzkiego). Przekonuje mnie jednak jego myśl o spółdzielczości (w dużej mierze zresztą realizowana potem w praktyce), której miały towarzyszyć właśnie "związki przyjaźni".
Pisał on tak:
"Ci, którym nie daje spokoju nędza ludzka i upadek ojczyzny, stoją często wobec pytania, gdzie i czym jest ta potęga wybawicielska, za pomocą której można by życie uczynić lepszym i szlachetniejszym. Szukamy jej na wszystkich polach pracy, a zarazem instynktownie czujemy, że jest jakaś jedna, najważniejsza rzecz podstawowa. [...] Taka potęga jest do wzięcia i jest pośród nas, a nazywa się przyjaźnią.
Naród, w którym uczucia przyjaźni są rozwinięte, gdzie zamiast sobkostwa i egoizmu panuje przyrodzona potrzeba wzajemnej pomocy [...] rozwiązał zagadkę wolności i dobrobytu. [...]
Jakie spustoszenie w życiu i w ludziach sprawia zanik przyjaźni, to możemy zobaczyć wszędzie naokoło siebie [...].
I może zbyt często zapominamy [...], że z tych małych krzywd, które sobie nawzajem wyrządzamy, dla interesu, ze spokojnym sumieniem, powstaje właśnie owa wielka krzywda całości - bezsilność narodu.
Niech jednak tylko ożywią się gdzie i poczną działać uczucia przyjaźni, a ta ciemna zmora nędzy ludzkiej ustępuje i słabnie. Wtedy zjawiają się związki obrony przed wyzyskiem, zjawiają się kooperatywy spożywcze, spółki włościańskie, kasy wzajemnej pomocy, towarzystwa opieki nad dziećmi, towarzystwa oświatowe, szkolne, dobroczynne itd." [E. Abramowski, "Związki przyjaźni", w: tegoż Filozofia społeczna. Wybór pism, Warszawa 1965, ss. 422-423.]
I znów prawdą jest, że Abramowski nie odkrywa Ameryki. Rzecz jednak nie w teorii, która jest banalnie zgoła prosta, lecz w praktyce. Jak w praktyce działać na rzecz rozwijania związków przyjaźni, które naprawdę - mamy to doświadczenie! - wzmacniają człowieka i budują wspólnotę? To jest jedno z najtrudniejszych pytań, które sobie stawiamy.
(ed)
wtorek, 1 sierpnia 2017
Sprawozdanie za rok 2016 i podziękowania
Składamy
serdecznie podziękowania Pani Joannie Domagale, która honorowo
pomaga nam od początku prowadzić księgowość oraz przygotowała
dla nas sprawozdanie finansowe za rok 2016.
Jednocześnie
informujemy, że przygotowaliśmy i złożyliśmy w Ministerstwie
Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, naszym organie nadzoru, także
sprawozdanie merytoryczne za rok 2016.
Poniżej
publikujemy fragment sprawozdania merytorycznego, mówiący o tym, co
się działo u nas w roku 2016 (od września, kiedy otrzymaliśmy
wpis do KRS).
Działania
zrealizowane i zdarzenia prawne o skutkach finansowych w roku 2016:
a)
30.09.2016 – przyjęcie
darowizny w wysokości 150 zł.
b)
10.10. 2016 – sporządzenie pieczęci, koszt: 150 zł.
c)
10.11.2016 – podpisanie umowy o współpracy w zakresie produktów
bankowych Alior Banku SA, założenie rachunku bankowego, miesięczny
koszt prowadzenia rachunku: 12 zł 50 gr.
d)
w listopadzie i grudniu 2016: partner w projekcie „Ćwiczenia z
myślenia”, realizowanym w Szkole Podstawowej w Lichnowach koło
Chojnic, mającym na celu rozwój kreatywności, samoświadomości i
samodzielnego myślenia, skierowanym do dzieci w wieku 6-10 lat
(projekt jest kontynuowany).
e)
9-10 listopada 2016: współorganizacja Chojnickich Dni
Tischnerowskich.
f)
w listopadzie 2016: przygotowanie projektu „Moje miejsce we
wszechświecie: Człuchów”, skierowanego do dzieci z Człuchowa w
wieku 6-10 lat, rozwijającego samoświadomość, przynależność
lokalną i kreatywność, ogłoszenie konkursu, zebranie prac i
nagrodzenie uczestników (projekt jest kontynuowany).
g)
listopad 2016: przygotowanie projektu szkolenia dla nauczycieli pt.
„Samobójstwa wśród
młodzieży” (realizacja jest zaplanowana na jesień 2017).
h)
przez cały rok 2016: prowadzenie bloga www.zarzewie.blogspot.com,
który służy promowaniu celów Fundacji Zarzewie i informowaniu o
jej działalności.
W
tym miejscu chcieliśmy również serdecznie podziękować wszystkim
osobom wspierającym nasze działania na wszelkie sposoby: przez
poświęcenie czasu i honorową współpracę, przez rady, przez
zainteresowanie naszymi działaniami, życzliwość i otwartość.
Mamy
za sobą pierwsze doświadczenia, nie tylko te pozytywne, także te
trudne. Z jednych i drugich czerpiemy naukę. Ale przede wszystkim
mamy wokół siebie przyjaciół, którzy z nami współpracują, nas
wspierają albo jedno i drugie. Stąd płynie już tylko sama moc :)
Jeszcze
raz gorące podziękowania! Jak dobrze, że jesteście!
(ed,
mż)
czwartek, 20 lipca 2017
Głos w sprawie Wzgórza Ewangelickiego w Chojnicach
Wczoraj na portalu chojnice.24 opublikowano mój tekst z apelem o rozwagę w sprawie Wzgórza Ewangelickiego w Chojnicach.
Tak na przełomie wieków wyglądał cmentarz, który się tu znajdował.
Tak wyglądało to miejsce na przełomie lat 40-tych i 50-tych.
Tak wygląda teraz.
A oto mój tekst.
Tak na przełomie wieków wyglądał cmentarz, który się tu znajdował.
Tak wyglądało to miejsce na przełomie lat 40-tych i 50-tych.
Tak wygląda teraz.
A oto mój tekst.
Gdyby ktoś, na przykład chodząc po
Chojnicach z kamerą w ręku, zrobił badanie dotyczące tego, czy
zdaniem respondentów powinniśmy otaczać szacunkiem miejsca
pochówku, pewnie trudno byłoby znaleźć kogoś, kto powiedziałby,
że nie powinniśmy. Gdyby z podobnym pytaniem zwrócił się do
przedstawicieli władz samorządowych, pewnie sytuacja wyglądałaby
tak samo.
Szacunek dla zmarłych i miejsc ich
pochówku wyraża się jednak nie tylko w deklaracjach, lecz także w
działaniach. W zachowaniu ciszy na cmentarzu (nawet jeśli trudno
sobie wyobrazić, jak inaczej skosić trawę niż kosiarką). W
geście zdjęcia nakrycia głowy (nawet jeśli jest zimno i leje). W
czym jeszcze? Trudno wymienić wszystko.
Dlaczego jednak zmarłym oraz miejscom
ich pochówku należy się szacunek?
Jesteśmy osobami. Mamy w związku z
tym niezbywalne prawa zapisane w Deklaracji praw człowieka,
dokumencie – niezależnie od kontrowersji interpretacyjnych, jakie
budzi – uważanym za doniosły dorobek cywilizacji zachodniej i
fundament demokracji.
Co to jednak znaczy, że jesteśmy
osobami?
Zgrabną formułę ukuł Wojtyła:
„Osoba to ktoś”. Niewątpliwie. Tu się jednak rzecz nie zamyka.
Spaemann dodaje: „Ludzi nazywamy
osobami, ponieważ są tym, czym są, inaczej niż wszystkie inne
istoty żyjące”. Na czym polega ta różnica? Skąd się bierze?
Jesteśmy osobami, ponieważ mówimy,
rozmawiamy ze sobą. Rozmawiając ze sobą, tworzymy przestrzeń
rozmowy. Osoby to „miejsca” w tej przestrzeni relacji, którą
tworzy mowa. Bo zawsze jest tak, że ktoś mówi do kogoś o kimś /
czymś. Co więcej, mowa jest przeważnie „brzemienna w odpowiedź”
(sformułowanie Bachtina) i tym samym mówiący staje się tym, do
kogo się mówi itd.
Mowa jednocześnie sprawia, że osoba
to ktoś zdolny do szczególnego rodzaju działań. Bez mowy tych
działań by nie było. Są to działania językowe i par excellence
osobowe, nieobecne w świecie pozaludzkim – a przecież wszystkie
istoty żyjące coś robią. Te nasze działania osobowe to dla
przykładu prośby, nakazy, podziękowania, przyrzeczenia, śluby,
akty przebaczenia, ale też oskarżenia i potępienia – i wiele,
wiele innych.
Co więcej, fakt, że „mamy słowo”
(sformułowanie Ebnera), umożliwia nam – oprócz wielu innych
rzeczy takich, jak choćby uprawianie nauki oraz poszerzanie
możliwości technicznych – życie duchowe (które, dokładnie tak,
jak chciał św. Paweł, jest czymś różnym od naszego życia
„zwierzęcego”).
Wróćmy do przestrzeni relacji
tworzonych przez mowę. Tak tę przestrzeń opisuje przywołany już
Spaemann: „[…] „miejsce” osoby w przestrzeni komunikacji
znajduje się w [...] relacji do wszystkich innych miejsc. Każda
osoba zajmuje w niej to miejsce, które jest na zawsze przeznaczone
tylko dla niej.” (Podobne sformułowania znajdziemy u wspomnianego
już wyżej Bachtina).
Wszyscy mamy tę intuicję. To jest
intuicja niepowtarzalności każdego ludzkiego istnienia. Szczególnie
żywa, kiedy tracimy kogoś bliskiego: bo nikogo w tym wymiarze nie
da się zastąpić. Z osobą odchodzi kawałek świata (bo kto
upiecze taki chleb, jak babcia piekła, i potem pozwoli zjeść
zamiast obiadu kromkę ze śmietaną i z cukrem). Odchodzi też
odrębna, niepowtarzalna perspektywa jego widzenia i odczuwania.
Dlatego rację ma również Wittgenstein, kiedy pisze wprost, że z
czyjąś śmiercią kończy się jakiś świat.
Chociaż „zadatki” życia osobowego
są nam dane wraz z mową, to wejście na drogę jego pełnego
urzeczywistniania jest zawsze odrębnym, świadomym aktem. Ten akt
jest jednoczesnym aktem uznania innych za osoby – wszak mowa
zakłada szczególną równość: każdy, do kogo kierowane są
słowa, kiedyś staje się mówiącym. Ów akt wejścia, raz
urzeczywistniony, musi być nieustannie ponawiany.
„Uznanie kogoś za osobę oznacza
najpierw ograniczenie swej własnej, zasadniczo [z naturalnego punktu
widzenia] nieograniczonej tendencji do ekspansji, rezygnację z
widzenia innego tylko w aspekcie znaczenia, jakie ma w moim
kontekście życia” (Spaemann). (O nic innego nie chodziło
Kantowi, kiedy formułował imperatyw kategoryczny).
Szczególnym wyrazem uznania innych za
osoby jest stosunek do zmarłych. Znów Spaemann: „Cześć, którą
okazujemy zmarłemu, każdemu zmarłemu, [...] odnosi się do niego
jako do osoby.” Przez szacunek dla zmarłych, wyrażany w
poszanowaniu miejsc ich pochówku, niezależnie od tego, jak dawno
zostali pochowani, jakiej byli religii czy narodowości, na nawet
(zaryzykuję to stwierdzenie) niezależnie od tego, co zrobili,
„dajemy się poznać jako osoby”.
Pracowałam kiedyś jako wolontariuszka
na terenie byłego obozu koncentracyjnego w Ravensbrueck. Niedaleko
jest jezioro. Do tego jeziora wsypywano popiół ze spalonych w
obozie ciał. Do tej pory ludzie zostawiają to jezioro w spokoju.
Nie kąpią się.
Dlatego: zostawmy Wzgórze Ewangelickie
w spokoju. To jest miejsce pochówku.
Zresztą ono samo przypomina o tym
swoim charakterze w związku z przebudową chojnickiego domu kultury.
Ewentualny plac zabaw czy cokolwiek innego, i tak będzie świecić
pustkami (nawet jeśli miałby to być park linowy – ludzie
chętniej pojadą do Człuchowa).
(ed)
Subskrybuj:
Posty (Atom)








