wtorek, 20 września 2016

W ogrodzie Chełmowskich

Na przełomie lipca i sierpnia tego roku odwiedziłam po raz drugi ogród Chełmowskich w Brusach Jagliach. Byłam tam z Emilią Kalittą.
Józef Chełmowski, wśród tych, którzy interesują się sztuką ludową, dobrze znany, nie żyje od trzech lat. Nie zdążyłam go poznać. Szkoda.
Dwa razy rozmawiałam z panią Chełmowską, która z dziećmi dba o dorobek życia męża. Pozwoliła mi zrobić zdjęcia. One mówią za siebie. Sami zobaczcie.









 


Ponoć Chełmowski był znany z aniołów. 


Eliade nie miałby wątpliwości, że ogród Chełmowskich to miejsce ujawnienia się sacrum. Heidegger z całą pewnością stanąłby tam w prześwicie. Trzeźwy dominikanin, logik (inny Józef, którym możemy się szczycić), Józef Bocheński, spotkałby tam Chrystusa frasobliwego, którego ponoć tylko w Polsce można spotkać.


Siedzi wśród bluszczu, drzew, kamieni, rdzewiejących narzędzi gospodarskich. W pobliżu wozu.

Na stole przed domem stał kosz z grzybami, po podwórzu chodziły kury, a w ogrodzie niektóre ule nadal zamieszkują pszczoły.
W pracowni Józefa Chełmowskiego leżą książki; zapamiętałam, że był Kant w oryginale i jakaś pożółkła książka o religiach świata. Wiadomo, że Chełmowski czytał co najmniej po niemiecku i łacinie, i wiadomo, że do wszystkiego doszedł sam. Sprzedawał swoje rzeźby tylko wtedy, kiedy potrzebował pieniędzy.


Okazuje się, że Chełmowski był też filozofem. Tylko że tej filozofii nie da się oderwać od tego ogrodu i podwórza.





Był na tyle mocno zakorzeniony w chrześcijaństwie, że nie bał się innych religii. Wziął na poważnie: "nie lękajcie się".




Chciałabym w tym miejscu serdecznie podziękować pani Chełmowskiej za rozmowę.
I wyrazić nadzieję, że znajdą się mądrzy ludzie, którzy pomogą ten ogród, to podwórze i ten dom zachować tak, jak one stoją. By nie zabrakło tam ani jednej rzeźby, ani jednego obrazu, ani czegokolwiek innego.
(ed.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz