czwartek, 17 października 2019

Witobaza i poczucie sensu

Pod koniec września Tomek w Gdyni na Witominie finalizował z Alicją Nowicz ze Stowarzyszenia Halo Kultura i Klaudią Jarecką-Świecą z Fundacji Miejsce Tworzenia mural w ramach projektu "Witobaza". Rodzinnie włączyliśmy się w część tego finału: w przygotowania ściany pod mural. I choć byłam po całym tygodniu pracy mocno zmęczona, nie żałuję ani jednej minuty, którą spędziłam na Witominie kładąc podkład, gipsując itd.

Oglądanie tego, co już zostało zrobione: Tomek z jednym z nastolatków, którzy pracowali przy muralu.


Bo każdy taki projekt ma strasznie ważny aspekt: bycia i robienia czegoś sensowego razem.

Spotkałam tam starych znajomych, którzy widzieli moje starsze dziecko (teraz 15 lat), kiedy miało niespełna rok, i zrzucali się na kocyk w prezencie (bardzo dobry kocyk, ciepły, solidny, różowy - sama bym w życiu różowego wtedy nie kupiła :))). Spotkałam nowych znajomych, którzy od razu stali się, jak starzy znajomi. I poznałam wiele innych osób, nawet nie pamiętam wszystkich imion w najróżniejszym wieku - z którymi mam nadzieję się jeszcze spotkać i mam pewność, że jeśli się spotkamy, to się rozpoznamy i znów będzie nam razem dobrze.

Na pierwszym planie Sam i Milo. Milo był najmłodszy spośród nas.


Taka jest moc robienia czegoś razem i dawania. Klaudia, Tomek, Ala dzięki Wam za to wydarzenie :)

Znów okazało się, że poczucie sensu daje bycie razem i robienie czegoś razem, kiedy w tym robieniu jest moment dawania: w tym wypadku dawania swojego czasu, umiejętności (to nie ja :), ale np. jeden z nastoletnich chłopców, którzy do nas dołączyli, potrafił świetnie gipsować i uczył tego innych).

Felek zachował na spodniach resztki po farbie :)


Sens to jedna z najtrudniejszych do uchwycenia rzeczy. Bo nie wszystko, co ma sens, musi dawać poczucie sensu. Chyba jednak można zaryzykować powiedzenie, że to, co daje głębokie poczucie sensu, ma sens.

Odróżnienie sensu od poczucia wiąże się w istotowy sposób z pokorą: nie stracić nadziei, kiedy brakuje poczucia sensu w tym, co się przydarza. I tu chciałabym przywołać wydanego niedawno znów w Chojnicach Ferdinanda Ebnera. W przekładzie Krzysztofa Skorulskiego, który niedawno swój przekład w Chojnicach promował: "Sens [indywidualnej egzystencji] leży bezpieczny i zarazem ukryty w Bogu, a do czego ktoś jest Bogu w swym życiu potrzebny, tego nie musi wiedzieć nawet on sam" (F. Ebner "Słowo i miłość", Chojnice 2019, s. 257).

Dodam tylko, że Fundacja Miejsce Tworzenia razem z Fundacją Zarzewie ma szansę w ramach rewitalizacji coś wartościowego zrobić razem w Chojnicach. Potrzebne jest jednak wsparcie tutejszego samorządu - czy takie będzie nam dane, czas pokaże...

(ed)


niedziela, 29 września 2019

Co czytać dzieciom?

Ten wpis powstaje na prośbę rodziców. Co polecać do czytania z dziećmi na rynku wydawniczym? Wcale nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie.
Wskutek takich akcji, jak "Cała Polska czyta dzieciom" i istnienia już od wielu lat programu MKiDN promującego czytelnictwo większość rodziców ma świadomość, że czytanie dzieciom jest ważne. Choć nadal nie wszyscy rodzice dzieciom czytają... Po kilku minutach pracy z dzieckiem widzę, czy mam do czynienia z dzieckiem, któremu czytano, czy nie :) Pytanie jest jednak w przypadku tych czytających, co wybierać do czytania.
Rynek jest bogaty: nawet w hipermarketach stoją regały z książkami. Sama czasem coś tam kupuję... Można znaleźć tam naprawdę różne rzeczy i nie ma co tej formy kupowania książek od razu przekreślać.
Przekreślić moim zdaniem trzeba z jednej strony komputerowe przeróbki różnych klasycznych bajek dla dzieci, często do takiego stopnia skrócone, że naprawdę nie wiadomo, o co tam pierwotnie chodziło - to taka masówka, nastawiona na tych, którzy przy okazji kupowania innych rzeczy kupują też książki dla dzieci, bo "przecież trzeba dzieciom czytać". Powstaje pytanie, dlaczego takie osoby dziwią się, że dzieci czytanie nie interesuje. Czy my sami byśmy chcieli, żeby ktoś wciskał nam kit i żądał od nas zadowolenia?
Przekreślić moim zdaniem z innych powodów trzeba różne książki zbyt, a nawet patologicznie "ambitne", których autorzy zapominają, że dziecko jest dzieckiem. Ja tych książek nie lubię. Często wydają je wydawnictwa skądinąd wartościowe, jak np. Dwie Siostry. W przypadku takich książek istnieje niebezpieczeństwo, że autor wylewa na dzieci swoje nierozwiązane problemy życiowe, a to chyba nie tak ma być. Jeśli macie po przeczytaniu pierwszej strony wątpliwość, czy książka, dobrze zilustrowana i wyglądająca na "wartościową", jest ok, nie kupujcie jej dzieciom.
Ja też nie lubię przesadnie takich książek dosadnie edukacyjnych, jak np. "Tupcio Chrupcio". Ale rozumiem ich miejsce i na półce u mojego syna kilku "Tupciów" stoi :)
Polecę Wam teraz kilka książek moim zdaniem bardzo dobrych ze stosunkowo nowej literatury dla dzieci:

Dla mnie hitem jest seria o Piaskowym Wilku Asy Lind i Zakamarków:



"Piaskowego Wilka" polecałabym dla dzieci tak od 4 lat. A dla młodszych szczególnie upodobałam sobie w Zakamarkach serię o Kajtku:


Do wspólnego oglądania polecam serię Dwóch Sióstr o Ulicy Czereśniowej:

Fajny z wydawnictw dla młodszych dzieci jest też Tatarak z "Bardzo głodną gąsienicą" i innymi podobnymi książeczkami. Muchomor ma ładnie zilustrowane klasyczne rymowanki i śpiewanki, np. "Jadą, jadą misie".
Zasadniczo lubię też Hokus Pokus, którego szefową kiedyś poznałam na Targach Książki. Ale oni właśnie czasem w moim odczuciu przesadzają z tymi "ambitnymi" książkami. Ich hitem dla maluchów była seria o Julku i Julce (mamy w przedszkolu), pewnie już niedostępna na rynku pierwotnym. Teraz w innym przekładzie jest wznowienie tej serii, tyle że teraz to "Janek i Janeczka" (Dwie Siostry). Hokus Pokus wydał też mojego ukochanego "Króla i morze". Nie linkuję, bo chwilowo strona wydawnictwa nie działa.
Na koniec chciałabym polecić, jeśli macie trochę czasu, czasopismo "Ryms" o książkach dla dzieci. Warto zajrzeć czasem na stronę www .
Jest jeszcze mnóstwo innych fajnych rzeczy, słuchajcie swojego serca... (słuchacie, bo widzę, jakie książki dzieci przynoszą do przedszkola :)) Mi zawsze dobrze podpowiadało.

(ed)







czwartek, 12 września 2019

Wychowanie w stylu Kurta Hahna

Publikuję niedawno przetłumaczone przeze mnie fragmenty tekstu Kurta Hahna o wyzwaniach, jakie stawiają nasze czasy wychowawcom. Kurt Hahn jest uważany za jednego z ojców edukacji naturalnej. Ma swoją stronę internetową.


"Z Platonem wierzę w moc wychowania. Pokusy są nieuniknione. Nie znikną: z nowoczesnego środowiska nie znikną ani mechaniczne metody przemieszczania się, ani środki uspokajające i pobudzające, ani niezmierny pośpiech czy brak zatrzymania się wprowadzający zamęt. Możemy jednak dorastającym pokoleniom wskazać nawyki, które uczynią je odpornymi i zapobiegną uczynieniu z nich bezradnych ofiar naszego chorego stylu życia. Chodzi o stworzenie otoczenia przekazującego bodźce, które pozwalają wyzdrowieć – bodźce, które wcześniej stanowiły nieodłączne elementy codziennego życia, a w dzisiejszym otoczeniu niemal wygasły: bodźców popychających ku zdrowemu ruchowi, bodźców do podejmowania przedsięwzięć mająch wagę i siłę przekonywania, bodźców skłaniających do dbałości, bodźców do wyciągania wniosków z przeszłości i przewidywania przyszłości, a także do marzenia o przyszłości. Bodźców do pielęgnowania samodyscypliny, samodzielności i do służby bliźniemu.

Zalecam wprowadzenie terapii zapobiegawczej, terapii przeżyciami. Żeby zapobiec upadkowi kondycji fizycznej, domagamy się wprowadzenia przerwy na trening przynajmniej cztery razy w tygodniu. Dziś możemy stawiać to żądanie nie tylko jako wychowawcy, ale także w imieniu lekarzy. Już wiadomo, że niedobór ruchu jest w nie mniejszym stopniu szkodliwy niż przed wojną – niedożywienie. Przerażająca liczba kobiet i mężczyzn umiera na zawał serca między 40 a 60 rokiem życia, co w istotnej mierze spowodowane jest niedoborem ruchu. Jak oczekiwać od dorosłego człowieka, że włączy aktywność fizyczną w swój plan dnia, jeśli dziecięca radość ruchu wygasa już w wieku nastoletnim? W czasie przerw na treningi należy ćwiczyć panowanie nad ciałem, szybkość i skoczność – i należy przy tym stawiać po pierwsze młodym ludziom cele leżące w zasięgu każdej dziewczyny i chłopca, po drugie takie cele, które są odpowiednio ambitne, by zachęcić utalentowanych lekkoatletów do dążenia do nich.

Aktywność fizyczna jest konieczną, ale bynajmniej niewystarczającą podstawą do wypraw – drugiego ważnego elementu terapii przeżyciami. Nie wszyscy utalentowani lekkoatleci są gotowi przyjaźnić się z wiatrem i deszczem. Czasem ich życie jest podobne do życia w sanatorium, przerywanego znakomitymi osiągnięciami. Wyprawy wodne i lądowe powinny rozwijać umiejętność przewidywania i planowania, dbałość, przezorność, umiejętność podejmowania decyzji i wytrwałość w realizacji. Wyprawy nie zawsze się podobają. Kiedyś spytałem pewnego chłopca, który w czasie jednego rejsu na Orkady przeżył trzy sztormy na Morzu Północnym, jak mu się podobało to przedsięwzięcie. Odpowiedział: „Niesamowicie – choć nie w tym momencie”.

Trzeci element to projekt. Może to być projekt literacki albo artystyczny albo przedsięwzięcie zbadania lub konstrukcji skomplikowanego urządzenia naukowego czy też wzniesienie małej budowli, ale wszystkie te cele powinny mieć ze sobą tyle wspólnego, że dążą do jasno zdefiniowanego celu i wymagają pogłębienia i wytrwałości. Projektów nie należy rozumieć jako czegoś, co zastępuje egzaminy, lecz jako ich uzupełnienie. Egzaminy sprawdzają siłę woli i inteligencję „powierzchniową”; projekty nierzadko wyzwalają ukryte zasoby rozumu.

Czwarty element jest najważniejszy: służba bliźniemu. Pod koniec ubiegłego wieku (XIX w.) William James podstawił wychowawcom i politykom wyzwanie: odkryjcie moralny ekwiwalent wojny. Jeśli głównymi celami w czasie pokoju stają się zadowolenie i zysk, powiada James, to niezaspokojone pozostaje elementarne pragnienie: tęsknota za tym, by służyć sprawie, która może człowieka pochłonąć; wówczas istnieje niebezpieczeństwo, że w sytuacji międzynarodowego kryzysu uwiedzie ludzi wojna, którą powitają jako wyzwolenie od pokoju pętającego skrzydła. Odkryto moralny ekwiwalent wojny. Pragnienie ratowania wyzwala dynamikę ludzkiej duszy, potężniejszą od dynamiki wojny. To jest pokrzepiające doświadczenie."

(ed)

czwartek, 18 lipca 2019

Szkolenie w "Wilczku"

Pod koniec czerwca byłam z Małgosią Jasińską, przyszłą nauczycielką w przedszkolu naturalnym "Wiśniowy Sad" w Lichnowach k. Chojnic, na wizycie szkoleniowej w przedszkolu leśnym "Wilczek" w Gdańsku Oliwie.

"Wilczek" to przedszkole leśne z prawdziwego zdarzenia. Nie mają budynku, mają tylko jurtę, zbudowaną na drewnianym podeście. W jurcie jest piecyk, książki, klocki i trochę puzzli. A także materiały plastyczne.



Dzieci właściwie 100% czasu spędzają na dworze, na ogrodzonym terenie przedszkola albo na wycieczce, która odbywa się codziennie. Na wycieczkę zabierają sznur, którego dzieci się trzymają. Z grupą maksymalnie 15 dzieci idą 2 osoby dorosłe. Docierają do wybranego przez siebie miejsca i tam się zatrzymują, bawią, uczą, rysują... Mają ze sobą rozkładane stoliki, plandeki i hamaki do rozpięcia. Oraz przenośną deseczkę klozetową, łopatkę, gdyby ktoś musiał skorzystać z toalety...


Na terenie przedszkola jest kuchnia błotna (z palet i starego zlewu), szałas z witek wierzbowych, scena teatralna (również z palet).


Każde przedszkole leśne czy naturalne jest trochę inne. "Wiśniowy Sad" nie będzie tak radykalny. Mamy budynek (w starym dworku) i trochę czasu chcemy tam jednak spędzać :). Wiele zasad jednak z całą pewnością przejmiemy z "Wilczka". Serdecznie dziękuję Kasi, Atenie i wszystkim dzieciom za zaproszenie. Ten dzień, choć niezwykle owocny, był też bardzo odprężający :)

(ed)

środa, 12 czerwca 2019

Wędrówka po ziemi wyjałowionej – Magdaleny Okraski opowieść o Zagłębiu

Kopalnia była więc jak matka, ale specyficzna: trzymająca w uścisku, który bywał śmiertelny, ale na ogół bywał opiekuńczy. Pozwalał tkwić w rodzaju dziecięcej zależności. A kiedy matka umiera, zanim dziecko zdąży się usamodzielnić, następuje głęboka trauma, niekiedy śmierć.

Źródło: nowyobywatel.pl
1.
Czytałem tę książkę 4 czerwca tego roku. Na przemian z Samoograniczającą się rewolucją Jadwigi Staniszkis. Chyba nie przypadkiem nieświadomość podsunęła mi te dwie książki w tym właśnie czasie. Stało się to bez udziału mojej woli, ale myślę, że w ten sposób chciałem jakoś wewnętrznie opracować trzydziestą rocznicę polskiej transformacji. Dać sobie przeciwwagę dla bijącej z Gdańska frenetycznej atmosfery przepełnionej radością, energią, euforią i triumfem. Przeciwwagę dla silnego i wyraźnego przekazu, że 1989 był zwycięstwem i kropka.
Książka Magdaleny Okraski zamienia w tym zdaniu kropkę w przecinek. Dopowiada i uzupełnia. Podobnie jak Jadwiga Staniszkis: […] utopia Solidarności zbankrutowała, choć sam ruch wygrał, bo przyczynił się do upadku komunizmu. Ta konstatacja przeraża. Wciąż daleko nam do efektywnego, racjonalnego systemu łączącego wolność ze sprawiedliwością. A obie te cechy – z szansami na utrwalenie godności w życiu politycznym i społecznym.
2.
Ziemia jałowa jest opowieścią o Zagłębiu, a przede wszystkim o Zawierciu. Znałem ze słyszenia czy widzenia tę nazwę w dzieciństwie, które przypadło na ostatnie lata komunizmu. W PGR-owskiej wsi na Pomorzu nawet nauczyciele niespecjalnie odróżniali wtedy Zagłębie od Śląska. Dlatego Zawiercie było wymieniane jednym tchem z Katowicami, Bytomiem, Chorzowem, Zabrzem czy Sosnowcem jako składowa pewnej całości.
Przy wjeździe do Człuchowa stała wtedy duża tablica, która zachęcała młodzież do wyjazdu na Śląsk i nauki w szkołach górniczych. Byłem za mały, by mnie to dotyczyło, więc nie przypomnę sobie już dziś, jakie profity obiecywano. Pamiętam za to dobrze lekcje w klasach I-III, na których pani pokazywała nam kolorowe zdjęcia miast z szerokimi ulicami, parkami i ogromnymi osiedlami. No i z wieżami szybowymi. Pamiętam to dziwne uczucie ekscytacji. Myślę, że nie chodziło tylko o zachwyt wiejskiego chłopca dużym miastem, bo nie czułem takiego mrowienia, gdy oglądaliśmy Warszawę czy Kraków. Śląsk/Zagłębie to było coś więcej. Dziś myślę, że chodziło o obcowanie z czymś wielkim, znaczącym. Węgiel był wtedy jeszcze nazywany czarnym złotem. Śląsk/Zagłębie oznaczały wspólnotę ludzi, którzy z narażeniem życia i z godnością uczestniczyli w czymś wielkim, czego znaczenie przekracza codzienność.
Śląsk/Zagłębie oznaczały marzenie.
Ziemia jałowa jest opowieścią o tym, co się stało z tym marzeniem.
3.
Magdalena Okraska wędruje przez zdewastowane fabryczne hale, upadłe przedsiębiorstwa, opustoszałe perony, zapomniane ulice, osiedla, dzielnice. Fotografuje ostatnie budki z fast foodem; kominy, które pozostały jedynymi świadkami wielkości i upadku przemysłu; opustoszałe podwórka, popadające w ruinę domy, zardzewiałe place zabaw; skorupy po fabrykach; przejścia dla pieszych donikąd. Opisuje pustkę, która była przed 150 laty, gdy dopiero szukano lokalizacji dla przemysłu i pustkę, która pozostała po jego upadku. Szuka śladów, okruchów, pozostałości. To prawdziwa wędrówka po ziemi jałowej. Lub raczej – po ziemi wyjałowionej. Wyjałowionej z kopalin, zasobów, środków produkcji, ludzi, którzy wyemigrowali. Wyjałowionej z rytuałów, wspólnoty, poczucia sensu. Wyjałowionej – przede wszystkim może – z godności, jaką daje praca, która jest komuś potrzebna. Ten brak czyni największe spustoszenie. Wiem o tym, bo od lat na prowincji pracuję jako psycholog, psychoterapeuta z ludźmi, którzy cierpią przez brak pracy albo nieludzkie w niej warunki. I mimo jednych z najwyższych w kraju wskaźników biedy i bezrobocia, nigdy nie chodzi po prostu o pieniądze. Decydujące są poczucie przydatności i godność. Oraz sprawiedliwość.
4.
To książka inna niż na przykład reportaże Filipa Springera czy pozostałe spod znaku dziennikarstwa Gazety Wyborczej. Brak w Ziemi jałowej tego charakterystycznego ironicznego dystansu do świata przedstawionego, który sprawia, że bohaterowie są może interesujący, ale zawsze jakby trochę śmieszni. Przeciwnie, Magdalena Okraska nie kryje swojej sympatii i otwarcie staje po stronie miejsc i ludzi, których opisuje. Tych, którzy wyjechali i tych, którzy pozostali. Tych, których wielokrotnie oszukano i tych, którzy nie wierzą już w nic. Mężczyzn handlujących gołębiami na targowisku, kobiet tkwiących w oknach wymierających domów, dzieciaków, które w opustoszałym centrum jedzą gofry z frużeliną i kopią się po stopach obutych w podróbki airmaxów. Jest świadkiem, broni ich, w ich imieniu oskarża. W ich imieniu zadaje pytania. Przede wszystkim: dlaczego do tego doszło? Dlaczego upadły fabryki, przemysły, dzielnice, miasta? Nie daje uproszczonych odpowiedzi, ale też się od nich nie uchyla: Plan Balcerowicza był wyrokiem śmierci dla mniejszych ośrodków. Życie, które od przedwojnia toczyło się wokół kopalni, huty, odlewni czy wytwórni, kilka razy zamigotało i przygasło.
Dlaczego w Zagłębiu czy na Śląsku tak gwałtownie zamigotało i przygasło? Najbardziej poruszające w książce są te fragmenty, w których Magdalena Okraska używa metafory karmienia: Kopalnia to karmicielka, a jednocześnie specyficzne miejsce pracy, umieszczone pod ziemią, ale w regularnym kontakcie z tym, co na górze: osiedlami górniczymi. Na odtworzenie podobnej symbiozy w innych gałęziach przemysłu po prostu brakuje geograficznej przestrzeni. Jednocześnie likwidacja kopalń to śmierć całej infrastruktury na powierzchni.
Kopalnia miała swoje osiedla, domy kultury, kina, kluby sportowe, ośrodki wypoczynkowe, szkoły, żłobki i przedszkola. Zaspokajała niemal wszystkie potrzeby górników i ich rodzin. Spajała dodatkowo wspólną pracą w bliskości śmierci oraz poczuciem szczególnego znaczenia węgla – czarnego złota. Kopalnia była więc jak matka, ale specyficzna: trzymająca w uścisku, który bywał śmiertelny, ale na ogół bywał opiekuńczy. Pozwalał tkwić w rodzaju dziecięcej zależności. A kiedy matka umiera, zanim dziecko zdąży się usamodzielnić, następuje głęboka trauma, niekiedy śmierć.
5.
Pisze Jadwiga Staniszkis: Utopia solidarnościowa (i opisane […] dążenia i tęsknoty) umierają więc również dlatego, że nie mają kontynuatorów. Albo jest ich bardzo niewielu (znam takich). I także dlatego, że mojemu pokoleniu nie udało się opowiedzieć o doświadczeniu Solidarności w sposób, który by wzbudził zainteresowanie młodych. […] Naszych dawnych marzeń nie ma już kto marzyć.
To nie przypadek, że Ziemię jałową napisała Magdalena Okraska (ur. 1981), należąca do pokolenia przejściowego między Jadwigą Staniszkis i twórcami pierwszej Solidarności a młodymi ludźmi świętującymi w Gdańsku, dla których i Sierpień, i industrializacja to już prehistoria. Należąca do pokolenia, które zostało nazwane straconym. Pokolenia, które dzieciństwo przeżyło w komunistycznej (przemysłowej) Polsce, ale w dorosłość wchodziło w samym apogeum planu Balcerowicza. Pokolenia, które doświadczyło upadku wielu utopii, ale było zbyt młode, by miećna to wpływ. Pokolenia, które poniosło prawie wszystkie koszty (w tym emocjonalne) transformacji, ale odniosło stosunkowo niewiele korzyści. Pokolenia najbardziej być może straumatyzowanego.
Ale to też pokolenie – moje pokolenie – które wciąż jeszcze marzy marzenia, jakie stworzyły pierwszą Solidarność i jakie leżały u podstaw tamtego, przemysłowego Śląska/Zagłębia. Marzeń o wspólnocie opartej na godności i sprawiedliwości. Co z nimi zrobimy?

środa, 29 maja 2019

Moje miejsce we wszechświecie - trochę zdjęć

Ruszyliśmy z zajęciami w marcu. Potem był kwiecień i strajk, i święta, i warsztaty linorytów ze starszymi (patrzcie wcześniejsze wpisy). Od początku maja działamy jednak na powrót pełną parą. Bywa ciężko, bo w szkołach nerwowo, nikt się z niczym nie wyrabia, ale i tak się opłaca. Popatrzcie sami.












Zdjęcia z terenu, przedstawiające same miejsca, znajdą się na pocztówkach. Tak więc ich nie udostępniam. Tu tylko fotorelacje z zajęć.

Od poniedziałku, 27 maja, zapraszam także na zajęcia w gościnnych progach Biblioteki Miejskiej. Jest jeszcze kilka wolnych miejsc. Zapisy u pań bibliotekarek. Zajęcia są bezpłatne, odbywają się od 16.00 i trwają ok. 1,5 godziny.

Projekt jest dofinansowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego z Funduszu Promocji Kultury oraz przez Urząd Miejski w Chojnicach.

(ed)

piątek, 24 maja 2019

Rodzicom, którzy urodzili się ze swoimi Dziećmi

Ostatnio rozmawiam dużo z Wami Rodzicami o Dzieciach. Jestem głęboko poruszona Waszą troską.

To jest piosenka taty, którego już od wielu lat nie ma wśród nas, a za którym ja nadal tęsknię...

Do przyjścia na świat dziecka, zwłaszcza tego pierwszego, można przygotować się tylko odrobinę. Wszystkim Rodzicom, którzy urodzili się (może już wiele lat temu - ja 15) ze swoimi dziećmi...



(ed)